poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Powrót

Dzięki Bogu, że popatrzyłam na bilet ok. 12 w nocy… bo okazało się, że samolot mam o 11, a nie 12…:)

Ledwo dopięta walizka w jednej ręce, torba w drugiej, ostatnie spojrzenie na Chicago i jedziemy na lotnisko.

Korek na autostradzie – 1,5 godziny, więc trzeba znaleźć inną drogę, bo stać nikomu się nie chce;) Podróż umilały nam 3 polskie stacje radiowe… temat audycji? 3x spór o krzyż! Nawet tutaj od tego nie uciekne;)

Na lotnisku kontrola czy nie mam bomby itd., szybkie spojrzenie na tablice i ‘Richmond, Va – 11:00 – Gate: B22’. No to idziemy.

Oczywiście całe lotnisko trzeba przejść, żeby trafić do TEGO miejsca, ale dotarłam, rozwaliłam się wygodnie na krzesełku i czekam.

10:30 – na monitorze nad ‘gejtem’ nagle napis „Richmond” zmienił się na „Knoxville”… SUPER!

Lece sprawdzić skąd w takim razie mam lecieć…
‘Richmond, Va – 11:00 – Gate E2a’. Oczywiście specjalnie dla MNIE, musiało to być wyjście na drugim końcu lotniska… Ktoś chyba bardzo chciał, żebym po zwiedzeniu miasta, poznała również wszystkie zakamarki lotniska…

O 10:40 miała się zacząć odprawa… ale jakiś samolocik się spóźnił i zaczęli nas wpuszczać dopiero po 11. Jeszcze trzeba było bagaże zostawić, bo jest bardzo mało miejsca.

Na wejściu nabiłam sobie oczywiście guza… Skąd mam wiedzieć, że do tego samolotu wejść (wyprostowane) mogą tylko osoby o wzroście poniżej 170 cm?! :P

Wszystko zapięte, schowane, przygotowane, super miejsce.

Pani stewardessa nie może zamknąć drzwi… dzwoni bo jakiegoś pana, który ma jej w tym pomóc. Pan też nie umie. Za chwile coś mówi, że mamy ‘mały problem’, ale zaraz ruszamy. Pierwsza myśl? UCIEKAĆ:P!!

W końcu nas zatrzasnęli, zakleili drzwi 'kropelką', przyspawali, czy co tam jeszcze zrobili… ale mogliśmy (NARESZCIE) wystartować;)

Ostatnie spojrzenie na miasto z lotu ptaka… coś pięknego! Powtarzam to kolejny raz;)

Dziecko doleciało, wyspało się troche… i dobrze! Bo na miejscu czekały jak zwykle niezmordowane bliźniaki:D!

Wieczorem spędziliśmy duuuuuuuuuużo czasu na bieganiu po domu.

Zostałam oficjalnie DINOZAUREM! Takim który ma mnóstwo sił i w ogóle się nie męczy! A uświadomił mi to pan dyrektor Miłosz, gdy usiadłam na kanapie. „Masz wstać, tupać i być dinozaurem!!”.

No więc w końcu WRESZCIE udało mi się dopaść moje dwie ofiary, zamknąć w klatkach (żeby nabrały troszkę masy – nie mogę przecież jeść samych kości) i kładę się do mojej kanapowej jamy.

RRaaaarrrrr!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz