W piątek chwilę po 13 wyjechaliśmy w naszą ‘trzydniową’ podróż:)
9 godzin w samochodzie (dzieci – GRZECZNE), połowa drogi przespana, przejazd obok najważniejszego miejsca - BALTIMORE :P i około północy byliśmy już na miejscu, w Syracuse, u rodziny Mike’a.
Plan był, żeby NATYCHMIAST położyć się spać… ale dzieci zobaczyły milion zabawek i wszystkie musiały wypróbować;) Największym powodzeniem cieszył się strój księżniczki – idealny dla Majki i buty na obcasie – te z kolei wybrał Miłosz. I cholera jasna… chodził lepiej niż połowa bab w takich butach:)!!! Można by go wysłać nawet na jakieś zawody w bieganiu na szpilkach – pierwsze miejsce murowane!!
Próba położenia dzieci spać… no cóż… Misia udało się jakoś uśpić, ale Majka dała czadu. Stwierdziła, że chce spać ze mną w pokoju. Moja pierwsza myśl, była taka, że mała wampirzyca poczeka, aż ja zasne, wypije moją krew itd., ale NIE, znalazła sobie tylko piloty do jakiejś gry, które się ładowały i świeciły na różne kolory:)
W KOŃCU poszła spać… ok. 4!!
W sobote mniej więcej ok. 11 udało nam się wykaraskać z domu i pojechać tam gdzie cały czas planowaliśmy. NIAGARA!!
Ponieważ po stronie amerykańskiej nie widać prawie nic, podjęłyśmy próbe przejazdu na Kanadyjską strone. I się UDAŁO:)
Widok PRZEPIĘKNY!!!!!!! Tłumy ludzi, oczywiście ‘Polska górą!’ (Polaków dookoła b. duuuuużo). Upał niemiłosierny, ale delikatne kropelki ‘niagarowej’ wody wynagrodziły nam wszystko:).
Powrót do domu – no cóż, pan celnik chciał pokazać jaki to jest super cool, chamskim tonem zapytał KIEDY wracam do Polski, ale wpuścił spowrotem, bo chyba nie znalazł mojego zdjęcia na żadnym liście gończym.
Pierwotny plan był taki, że w niedzielę, wracamy do Richmond, ale ciocia-kombinatorka stwierdziła, że skoro Kanada mnie lubi, to trzeba to wykorzystać. Mike wrócił do domu, a my pojechaliśmy z dzieciorami dalej.
Po przekroczeniu granicy poczułam się jak w domu. Polskie widoki dookoła, na znakach prędkość w KILOMETRACH, a nie milach, temperatura w Celsjuszu, a w radiu zamiast j.angielskiego – francuski – EUROPA wita:D!
Ottawa – Stolica Kanady.
BAAAARDZO ładne miasto. Zabytki połączone z bardzo nowoczesnymi budynkami. Na każdym kroku jakaś rzeźba, dużo zieleni. Pięknie. Pewnie podobałoby mi się jeszcze bardziej, gdyby cokolwiek było otwarte, a tak, oprócz turystów z aparatami w rękach, na ulicach raczej niewiele osób.
Po dwu-,trzygodzinnym ‘biegu’ po Ottawie, wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy dalej. Kolejne miasto to Montreal.
Noc w hotelu – oczywiście dzieci bardzo chciały wrócić do domu, więc próba uciszenia ich i położenia do spania trwała do 1:30, ale w końcu się udało.
O 11 następnego dnia wyleciałyśmy jak z procy na szybkie zwiedzanie starego miasta. Niestety większość budynków była zasłonięta rusztowaniami, więc niewiele było widać, ale ogólnie miasto też i się bardzo podoba. Może znowu dlatego, że jest takie ‘europejskie’. Uliczki jak w Rzymie (z tą różnicą, że nie suszą się nigdzie majty), śliczne sklepiki i galeryjki.
O 13 check out, do samochodu i jeszcze przejażdżka po mieście. Można się poczuć w 100% jak w Rzymie. Przepisy drogowe? A kogo to obchodzi!? Jadę jak mi się podoba!! Oznakowania dróg?? Tym razem przypominają Polskę, czyli kompletnie zero znaków;)
Ale co dwie głowy to nie jedna – udało się dojechać tam gdzie chciałyśmy, czyli do obserwatorium (zwykła górka;P) z której widać całe miasto. Byłoby widać CAŁE, gdyby wycięli trochę krzaków na tym wzgórzu, ale i tak PIĘKNY widok.
Powrót do Syracuse, gdzie spędziliśmy noc u siostry Mike’a.
Spałam w pokoju PRAWDZIWEJ fanki Zmierzchu!! Yeah!! Ja wiem, że Jacob jest super, ale czułam się trochę dziwnie jak spoglądał na mnie z każdego zakamarku pokoju;P
Wtorek, typowe amerykańskie śniadanie. Bekon, kiełbaski, jajka, naleśniki, bajgle;) – wreszcie zobaczyłam na własne oczy, że TYPOWE rodzinki tak własnie jedzą:P
Podróż powrotna bez problemów – z jedną małą przygodą – na odcinku Waszyngton – Richmond, paląca się ciężarówka leży w rowie;)
Dzieci… oprócz kilku akcji w nocy, czyli ‘I wanna go home, mommy!’, BARDZO dzielnie i w sumie grzecznie zniosły naszą podróż;)
Bilans: przejechane 3073 km.
A! I jeszcze jedno spostrzeżenie! Myślałam, że Amerykanie są rąbnięci nad pokazywaniem tego jak kochają swój kraj i wieszaniem flag WSZĘDZIE! A tu jaka niespodzianka.. na jedym budynku w kanadzie, było ich 14....:P
No i najważniejsze! Dzieciuchy uczą się mojego imienia;)!!
Dla Miśka jestem "NataJka", dla Majki "Taja", a od dzisiaj można się do mnie także zwracać "Precelek" z francuskim akcentem na literce RRRR:)
ZDJĘCIA

*** NIAGARA ***
*** OTTAWA ***
*** MONTREAL ***
xx