wtorek, 21 września 2010

THE END

Wczoraj wieczorem, widok Richmond z lotu ptaka. Tak na pożegnanie.

Dzisiaj?

Spakowana. Udało się. Walizka ani raz nie zaprotestowała… ale w sumie nie miala do tego powodów;)

Kolacja dokładnie taka sama jak w dzień przyjazdu… koło zamknięte;) ale jakie PYSZNE to koło:P

I Majka przyklejona do mnie przez całe popołudnie i "Taja! Taja! I wanna Taja!" :) cóż.. 2 miesiące czekałam;P

Jutro w południe mówimy ‘bye bye’ i jedziemy do Waszyngtonu na ostatni pożegnalny obiad u Baraczka w jego chatce, a potem na lotnisko.

DZIĘKUUUUUUJEEE!!!!! Naaajlepsze wakacje ;D!!!!

PS. Mam nadzieje, ze jak tu kiedyś wróce GODZILLA mnie jeszcze przywita;)!!






niedziela, 19 września 2010

Ta ostatnia niedziela…

Więc… TĘ ostatnią niedzielę spędziliśmy na ‘Polish Picninc’.

To tak specjalnie, żebym nie przeżyła za dużego szoku jak wróce do Polski. Chociaż, jak dzisiaj podczas rozmowy przez „niezawodnego” jak zwykle Skypa, usłyszałam od rodziców, że jest 8 stopni i ma być jakaś koszmarna zima…. Od razu doceniłam te 30stopniowe upały tutaj:P

No więc.. polski piknik, a na nim polacy mówiący po polsku, udający, że coś potrafią powiedzieć, albo osoby tylko z polskim nazwiskiem.

Ale nie to jest ważne… Impreze prowadził KSIĄDZ, obowiązkowa piosenka KAŻDEJ polskiej imprezy – „Jesteś szalona” i żarcie… kiełbacha, kapucha zasmażana, KISZKA i szarloooooooootkaa! (I tu powinna być jakaś aluzja, ale będzie prośba wprost… UPIECZCIE MI SZARLOTKE:D!! plis, plis, pliiiiiiiiiis;P).

Później pojechaliśmy do Jamestown na chwilke, plan był taki, żeby wstąpić do muzeum, ale… 14$ za wstęp, 3 minuty zwiedzania? Nie dziękujemy;)

W drodze powrotnej chwilka w sklepie, obiad i do domuuu!!

Miśki Pyśki zasnęły… i teraz mocno trzymamy kciuki, żeby nie obudziły się już do rana:P

AAAAA!!!! No i słowo jeszcze z naszego pobytu w Chicago o którym oczywiście zapomniałam…

Miłosz: DZIUREK!!!!!!!!
Bo przecież jak jest TA dziura, to musi też być i TEN dziurek:P!!

I jeszcze jedno straszne pytanie, które pojawia się coraz częściej...

"Mike/Kathy could you please shoot the dog?" :P

Ciaao:*

wtorek, 14 września 2010

CH = CHicago, CHupa & CHrzciny

Zanim dojdziemy do tego, ważnego, wielkiego dnia, od środy w Chicago trochę się działo.

Przede wszystkim zostałam jedną z czterech prawych, pomocnych dłoni, przy ‘budowie’ i składaniu chupy na żydowskie wesele.



Dwa dni od rana do PÓŁnocy, składanie, montowanie, rozkładanie, przypinanie, w końcu podglądanie ślubu przez szpare w drzwiach… i w niedziele rano moim jedynym marzeniem było zostać w łóżku i nie ruszać się z niego przez najbliższy tydzień.

Swój plan musiałam jednak zmienić, ponieważ okazało się, że jednak matka chrzestna MUSI na chrzcinach się pojawić:P

No więc… UDAŁO SIĘ! Dzieci są już święte!! Widać to tylko po malutkiej Ani, która grzecznie, cichutko zniosła smarowanie, chlapanie, krzyżyki itp. Itd. Misiek z Majką nie byliby sobą, gdyby nie dali koncertu;) Majka, wymęczona, wykończona… ‘troszkę’ pokrzyczała i popłakała, a uspokoiła się dopiero gdy ksiądz pod koniec wziął ją na ręce i kazał zapalić świeczkę:P

Miłosz z kolei stwierdził, że ksiądz, chrzciny, rodzina dookoła, nie są tak ważni, jak włosy mamusi i mój nos. Więc chciał wypróbować jak bardzo jesteśmy odporne na ból:P

Medal dla księdza!! Rewelacyjne podejście do dzieci. Maluchy praktycznie same się ochrzciły, bo chrzcielnica wyglądała jak brodzik:P

Natka, matka chrzestna, nawet nie wie na co się zgodziła, tylko powtarzała ‘Yes’, ‘Yes’, ‘Yes’. Mam tylko nadzieje, że z nikim nie wzięłam ślubu!!!









Po chrzcinach – IMPREZA!!! Co ja dużo będę mówić.. zdjęcia poniżej:)







NAJLEPSZE!!!!









Po imprezie zostałam jeszcze zatrudniona do opieki nad dziećmi, żeby rodzice mogli sobie odreagować. Ale dzieci były tak kochane, że po zjedzieniu „chicken nuggets and frytki”, o 21:00 PADŁY, a my z Erin razem z nimi.

Jeszcze w nocy minirecital pt. „I wanna BINKY!!!” w wykonaniu Majki, pobudka o 7 i spacerek poranny po Chicago… czułam się jakbym szła do szkoły, a to zły znak, że w czasie wakacji myśle o takich rzeczach;/!!

O 19:45 samolot. Na lotnisku byliśmy ponad dwie godziny wcześniej. Zdanie „Odprawa będzie już za sekunde” usłyszałyśmy trzy tysiące razy, ale co? Bramka zmieniona z G19 na G16, nikt nikogo o tym nie poinformował i lot przegapiony:P.

W KOŃCU udało nam się o 21:40 wylecieć do Richmond;) Siedzenie na skrzydle…. Nie polecam:P Po pierwsze… otwieranie podwozia… no cóż, odgłos jakby samolot miał zaraz pęknąć na pół i spaść… ale to nie było takie złe. Najgorszy był odgłos - nie wiem dokładnie czego – w każdym razie czułam się jakbym siedziała nie w fotelu w samolocie, a u dentysty na borowaniu:/

2 godzinki, potem jeszcze około 30-40 minut w aucie i jesteśmy w domuuuuuuuuuu:D!!!

czwartek, 9 września 2010

Chicago… znowu:D!!!

Dzień jednak zaczęliśmy od… Wyprawy do przedszkola z dzieciakami.

Jakie nagle grzeczne się zrobiły! Zagadały panie przedszkolanki, zamęczyły je mieszanką języka polskiego z angielskim, a w końcu stanowczo odmówiły dalszej zabawy w kuchni, dinozaurami i pociągami,powiedziały „bye bye” i wyszły:P

Później jeszcze tylko krótka wycieczka do muzeum dziecięcego, ale maluszki przysnęły w aucie, więc nie miałysmy serca (a przede wszystkim ochoty:P) ich budzić i wróciłyśmy do domu.

Żeby dzieciaki pospały, nie wyciągnęłyśmy ich z auta, tylko zostawiłyśmy ich w zamkniętym samochodzie, w pełnym słońcu, z dodatkowo włączonym ogrzewaniem, żeby nie zmarzły:P żartuje oczywiście! Żeby mnie ktoś nie posądził przypadkiem o coooś…:P
Teoretycznie miałam wtedy czas, żeby się spakować…ale komu by się chciało?! Zostawiłam to sobie na ostatnią chwile;)

Po pobudce dzieciaków, w nagrodę za chwilę spokoju dla NAS, dostali ode mnie bilety VIPowskie na koncert Lady GAGI!!

Ale niestety (dla jej fanów) to koniec kariery tej GWIAZDY!

Teraz jej miejsce zajęli Miłosz i Maja. „Can’t read my, can’t read my, No he can't read my POKER FACE” i „Don't call my name, Don't call my name, Alejandro..” w wykonaniu M&M?? BEZCENNY widok.. i przerażenie jaką oni mają pamięć! Raz coś uslyszą i od razu powtarzają!!:)

W końcu UDAŁO nam się zebrać, wybrać i pojechać na lotnisko…

Kontrola, bramki i te sprawy.. dzięki bogu, ze NIKOGO nie było przed nami…. Bo ilość betów które położyłyśmy na taśme, mogłaby spokojnie należeć do dziesięciu osób:P

Przed wejściem do samolotu… Dzieci ponownie dały koncert, a podobalo im się to jeszcze bardziej, ponieważ mieli duuużą widownie;)

Samolot? Prawie jak prywatny. 15 osób na pokładzie, w tym trójka dzieci. Jak to dobrze, ze mały hindusek swoim płaczem zagłuszył nawet silniki, bo bliźniaki wyglądały jak aniołki:D

Miłosz jak zwykle ma idealne wyczucie i zasnął ok. 20 min. Przed lądowaniem:P

Widok Chicago nocą…. Ah…. CUDOWNY!! Ale Natalka nie byłaby sobą, gdyby sobie nie skojarzyła czegoś z czymś… i tak piękne miasto nocą… skojarzyło mi się z cmentarzem:P no ale co? Czarno, tylko lampy uliczne widać, wszystko tak pięknie równo ustawione…. Zupełnie jak cmentarz;P

Wieczór w domku, z rodzinką, z butelką wina, pijaną (ze zmęczenia!!!) Majką.. standardowo czyli rozmowy do 2 w nocy…

Ciaoo!

wtorek, 7 września 2010

Chicago, here we come...AGAIN!!

Jutro jedziemy na tydzień do Chicago;)!!!!

Cel główny, to chrzciny dzieciaków, ale przy okazji taki malutki relaksik;)

Jak się doturgamy, to coś więcej się pojawi, bo może dostane kopa z motywacją i weną, żeby więcej napisać;)

A mówiąc o Chicago, wczoraj dopiero sobie przypomniałam, że na stronie internetowej Sears Tower miałam poszukać naszych zdjęć na SkyDecku. I oczywiście znalazłam… mam dwa śliczne zdjęcia za darmo…. A wywołanie ich kosztowałoby 40$. Dziekuje bardzo;)


sobota, 4 września 2010

Lenistwo górą!

Nie pisze nic, bo wielki LEŃ zawładnął nami wszystkimi:)

Od powrotu do domu nie patrzymy na samochód, bo co poniektórym robi się delikatnie rzecz ujmując niedobrze, gdy pomyślą o jakiejkolwiek podróży autem, po naszych weekendowych wojażach;P.

Tak więc siedzimy w domu, odpoczywamy…. Choć nie wiem czy to dobre słowo, bo owszem my padamy i chciałybyśmy jeden CAŁY dzień przespać, ale potwory mają cały czas za dużo energii, szaleją i trzeba kontrolować co się dzieje;)

Misiek na przykład odkrył niedawno, że jeśli koło jego łóżeczka jest pudło z zabawkami, to bez problemu może na nie stanąć i wydostać się z łóżka;p

I tak wczoraj wieczorem… ok. 10, siedzimy w kuchni, dzieci już podobno śpią, a tu nagle ‘tup tup tup’, zjawia się Miłosz i mówi 'moooommy, i can’t go to bed!'..:P

Pierwszy wspólny wypad zrobiliśmy dopiero wczoraj wieczorem… do księgarni, żeby dzieci mogły pobawić się pociągiem, poczytać książki, a my wypić dobrą kawe :P

Dzieciaki dzisiaj idą na impreze urodzinową, więc może uda mi się odespać:P:P

Ciao!

wtorek, 31 sierpnia 2010

Richmond - Syracuse - Niagara - Syracuse - Ottawa - Montreal - Syracuse - Richmond

Ledwo dotarłyśmy do domu i już zabieram się za pisanie.

W piątek chwilę po 13 wyjechaliśmy w naszą ‘trzydniową’ podróż:)

9 godzin w samochodzie (dzieci – GRZECZNE), połowa drogi przespana, przejazd obok najważniejszego miejsca - BALTIMORE :P i około północy byliśmy już na miejscu, w Syracuse, u rodziny Mike’a.

Plan był, żeby NATYCHMIAST położyć się spać… ale dzieci zobaczyły milion zabawek i wszystkie musiały wypróbować;) Największym powodzeniem cieszył się strój księżniczki – idealny dla Majki i buty na obcasie – te z kolei wybrał Miłosz. I cholera jasna… chodził lepiej niż połowa bab w takich butach:)!!! Można by go wysłać nawet na jakieś zawody w bieganiu na szpilkach – pierwsze miejsce murowane!!

Próba położenia dzieci spać… no cóż… Misia udało się jakoś uśpić, ale Majka dała czadu. Stwierdziła, że chce spać ze mną w pokoju. Moja pierwsza myśl, była taka, że mała wampirzyca poczeka, aż ja zasne, wypije moją krew itd., ale NIE, znalazła sobie tylko piloty do jakiejś gry, które się ładowały i świeciły na różne kolory:)
W KOŃCU poszła spać… ok. 4!!

W sobote mniej więcej ok. 11 udało nam się wykaraskać z domu i pojechać tam gdzie cały czas planowaliśmy. NIAGARA!!

Ponieważ po stronie amerykańskiej nie widać prawie nic, podjęłyśmy próbe przejazdu na Kanadyjską strone. I się UDAŁO:)

Widok PRZEPIĘKNY!!!!!!! Tłumy ludzi, oczywiście ‘Polska górą!’ (Polaków dookoła b. duuuuużo). Upał niemiłosierny, ale delikatne kropelki ‘niagarowej’ wody wynagrodziły nam wszystko:).

Powrót do domu – no cóż, pan celnik chciał pokazać jaki to jest super cool, chamskim tonem zapytał KIEDY wracam do Polski, ale wpuścił spowrotem, bo chyba nie znalazł mojego zdjęcia na żadnym liście gończym.

Pierwotny plan był taki, że w niedzielę, wracamy do Richmond, ale ciocia-kombinatorka stwierdziła, że skoro Kanada mnie lubi, to trzeba to wykorzystać. Mike wrócił do domu, a my pojechaliśmy z dzieciorami dalej.

Po przekroczeniu granicy poczułam się jak w domu. Polskie widoki dookoła, na znakach prędkość w KILOMETRACH, a nie milach, temperatura w Celsjuszu, a w radiu zamiast j.angielskiego – francuski – EUROPA wita:D!

Ottawa – Stolica Kanady.

BAAAARDZO ładne miasto. Zabytki połączone z bardzo nowoczesnymi budynkami. Na każdym kroku jakaś rzeźba, dużo zieleni. Pięknie. Pewnie podobałoby mi się jeszcze bardziej, gdyby cokolwiek było otwarte, a tak, oprócz turystów z aparatami w rękach, na ulicach raczej niewiele osób.

Po dwu-,trzygodzinnym ‘biegu’ po Ottawie, wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy dalej. Kolejne miasto to Montreal.

Noc w hotelu – oczywiście dzieci bardzo chciały wrócić do domu, więc próba uciszenia ich i położenia do spania trwała do 1:30, ale w końcu się udało.

O 11 następnego dnia wyleciałyśmy jak z procy na szybkie zwiedzanie starego miasta. Niestety większość budynków była zasłonięta rusztowaniami, więc niewiele było widać, ale ogólnie miasto też i się bardzo podoba. Może znowu dlatego, że jest takie ‘europejskie’. Uliczki jak w Rzymie (z tą różnicą, że nie suszą się nigdzie majty), śliczne sklepiki i galeryjki.

O 13 check out, do samochodu i jeszcze przejażdżka po mieście. Można się poczuć w 100% jak w Rzymie. Przepisy drogowe? A kogo to obchodzi!? Jadę jak mi się podoba!! Oznakowania dróg?? Tym razem przypominają Polskę, czyli kompletnie zero znaków;)

Ale co dwie głowy to nie jedna – udało się dojechać tam gdzie chciałyśmy, czyli do obserwatorium (zwykła górka;P) z której widać całe miasto. Byłoby widać CAŁE, gdyby wycięli trochę krzaków na tym wzgórzu, ale i tak PIĘKNY widok.

Powrót do Syracuse, gdzie spędziliśmy noc u siostry Mike’a.

Spałam w pokoju PRAWDZIWEJ fanki Zmierzchu!! Yeah!! Ja wiem, że Jacob jest super, ale czułam się trochę dziwnie jak spoglądał na mnie z każdego zakamarku pokoju;P

Wtorek, typowe amerykańskie śniadanie. Bekon, kiełbaski, jajka, naleśniki, bajgle;) – wreszcie zobaczyłam na własne oczy, że TYPOWE rodzinki tak własnie jedzą:P

Podróż powrotna bez problemów – z jedną małą przygodą – na odcinku Waszyngton – Richmond, paląca się ciężarówka leży w rowie;)

Dzieci… oprócz kilku akcji w nocy, czyli ‘I wanna go home, mommy!’, BARDZO dzielnie i w sumie grzecznie zniosły naszą podróż;)

Bilans: przejechane 3073 km.

A! I jeszcze jedno spostrzeżenie! Myślałam, że Amerykanie są rąbnięci nad pokazywaniem tego jak kochają swój kraj i wieszaniem flag WSZĘDZIE! A tu jaka niespodzianka.. na jedym budynku w kanadzie, było ich 14....:P

No i najważniejsze! Dzieciuchy uczą się mojego imienia;)!!
Dla Miśka jestem "NataJka", dla Majki "Taja", a od dzisiaj można się do mnie także zwracać "Precelek" z francuskim akcentem na literce RRRR:)

ZDJĘCIA




*** NIAGARA ***























*** OTTAWA ***




























*** MONTREAL ***

























xx