Sobota.
Pobudka pare minut po 4. Wyjazd z domu 5:00. Na lotnisku 45 minut później. Odprawa, kolejne lotnisko, na którym połowa pracowników to Hindusi (?!).
Potrójne siedzonka. Przy oknie…Hindus(!), w środku pustka, ja przy ‘AYO’, więc zajęłam od razu oba miejsca, żeby nóżkom było wygodnie i lecimy!!
Niestety… siedział za mną jakiś sfrustrowany 3-4 letni chłopiec, który swoje emocje musiał wyładować na oparciu mojego siedzenia…
Pan pilot wprowadził nas w błąd, bo wszyscy myśleli, że dopiero zbliżamy się do płyty lotniska, a tu się okazało, że już dawno wylądowaliśmy….. Nic nie czuć, to mi się podoba;D Jeszcze do tego ponad 20 minut przed czasem! Żeby każdy lot tak wyglądał:D!!
Ja, osoba NIE korzystająca z toalet publicznych, musiałam odwiedzić tą lotniskową…. I mogłabym w niej zamieszkać:P nie no żartuje, ale takie kibelki powinny być wszędzie;D cóż za cuda techniki:)
Koniec tematu toaletowego.
Chicago wiedziało jaką pogodą ma przywitać kogoś, dla kogo temperatura ponad 40 stopni NIE JEST normalna:P! Dwadzieścia pare stopni, lekki deszczyk – super;)
Pierwsze i jak na razie niezmienne wrażenie. PIOOOORUNUJĄCE!
Miasto (jak wszystko oczywiście) wielkie, ale piękne!! Pomieszane stare budynki, po fabrykach itd., niektóre poodnawiane, inne nie, z wielkimi, nowoczesnymi biurowcami. CUUDNIE:D!!!
Na śniadanko muffin-gigant (a jakby inaczej:P), kawka i jakieś pyszne, czerwone, lodowate COŚ.
Później podziwianie miasta (na razie) przez okno samochodu.
Mają tu jezioro z plażą w środku miasta. Parki. TEŻ TAK CHCE!!! Mnóstwo grup na rowerach, tłumy biegających ludków, w jeziorze pływają (ahh…..:) ). I kolejny raz pojawia się pytanie DLACZEGO amerykanie są GRUBI?! Ale o tym w specjalnym poście kiedy indziej.
Teraz się zbieramy i jedziemy nad jeziorko. Powrót ( i zdjęcia) jutro.
Ciaaao!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz