wtorek, 14 września 2010

CH = CHicago, CHupa & CHrzciny

Zanim dojdziemy do tego, ważnego, wielkiego dnia, od środy w Chicago trochę się działo.

Przede wszystkim zostałam jedną z czterech prawych, pomocnych dłoni, przy ‘budowie’ i składaniu chupy na żydowskie wesele.



Dwa dni od rana do PÓŁnocy, składanie, montowanie, rozkładanie, przypinanie, w końcu podglądanie ślubu przez szpare w drzwiach… i w niedziele rano moim jedynym marzeniem było zostać w łóżku i nie ruszać się z niego przez najbliższy tydzień.

Swój plan musiałam jednak zmienić, ponieważ okazało się, że jednak matka chrzestna MUSI na chrzcinach się pojawić:P

No więc… UDAŁO SIĘ! Dzieci są już święte!! Widać to tylko po malutkiej Ani, która grzecznie, cichutko zniosła smarowanie, chlapanie, krzyżyki itp. Itd. Misiek z Majką nie byliby sobą, gdyby nie dali koncertu;) Majka, wymęczona, wykończona… ‘troszkę’ pokrzyczała i popłakała, a uspokoiła się dopiero gdy ksiądz pod koniec wziął ją na ręce i kazał zapalić świeczkę:P

Miłosz z kolei stwierdził, że ksiądz, chrzciny, rodzina dookoła, nie są tak ważni, jak włosy mamusi i mój nos. Więc chciał wypróbować jak bardzo jesteśmy odporne na ból:P

Medal dla księdza!! Rewelacyjne podejście do dzieci. Maluchy praktycznie same się ochrzciły, bo chrzcielnica wyglądała jak brodzik:P

Natka, matka chrzestna, nawet nie wie na co się zgodziła, tylko powtarzała ‘Yes’, ‘Yes’, ‘Yes’. Mam tylko nadzieje, że z nikim nie wzięłam ślubu!!!









Po chrzcinach – IMPREZA!!! Co ja dużo będę mówić.. zdjęcia poniżej:)







NAJLEPSZE!!!!









Po imprezie zostałam jeszcze zatrudniona do opieki nad dziećmi, żeby rodzice mogli sobie odreagować. Ale dzieci były tak kochane, że po zjedzieniu „chicken nuggets and frytki”, o 21:00 PADŁY, a my z Erin razem z nimi.

Jeszcze w nocy minirecital pt. „I wanna BINKY!!!” w wykonaniu Majki, pobudka o 7 i spacerek poranny po Chicago… czułam się jakbym szła do szkoły, a to zły znak, że w czasie wakacji myśle o takich rzeczach;/!!

O 19:45 samolot. Na lotnisku byliśmy ponad dwie godziny wcześniej. Zdanie „Odprawa będzie już za sekunde” usłyszałyśmy trzy tysiące razy, ale co? Bramka zmieniona z G19 na G16, nikt nikogo o tym nie poinformował i lot przegapiony:P.

W KOŃCU udało nam się o 21:40 wylecieć do Richmond;) Siedzenie na skrzydle…. Nie polecam:P Po pierwsze… otwieranie podwozia… no cóż, odgłos jakby samolot miał zaraz pęknąć na pół i spaść… ale to nie było takie złe. Najgorszy był odgłos - nie wiem dokładnie czego – w każdym razie czułam się jakbym siedziała nie w fotelu w samolocie, a u dentysty na borowaniu:/

2 godzinki, potem jeszcze około 30-40 minut w aucie i jesteśmy w domuuuuuuuuuu:D!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz