czwartek, 22 lipca 2010

Nareszcie!!;)

Oczywiście odprawa osób lecących do USA musi być w najdalszej części całego lotniska, bo przecież trzeba ich wymęczyć i po raz milionowy wypytać czy nie przewożą broni, narkotyków, czy nie są terrorystami itd.
A pani wydająca karty pokładowe miała tak zarąbisty akcent, że musiała do mnie mówić po niemiecku, a ja do niej po angielsku. Innej opcji nie było, żeby się dogadać.
Lot długi, ale ok. Towarzystwo niezmiernie 'gadatliwe'. Ususzona babcia, śpiąca przez cały czas(!). Nawet posiłkami nie udało się jej obudzic….
Oprócz tego znalazłam najlepszy sposób, żeby zasnąć…. Wystarczy włączyć 3 razy pod rząd ‘The Last Song”. Za pierwszym razem film jest fajny, ale później idealna kołysanka;)
9 godzin minęło, walizka w ręce, rodzinka czeka.
Już wiem jaką pamiątkę wezme stąd do Polski. DROGI! Boże… taaaakie odległości w moment;)

Ok. 2 godzin jazdy do domu, a w tle cały czas Radio Miłosz i

3:10 w Polsce, tutaj 21:10, 24 godziny na nogach i jakoś tego nie czuje…. Najs;))
Teraz jeszcze „Can we flyyyyyy?” – czyli Misiek w powietrzu i schlafen gehen!.











xxx

2 komentarze:

  1. ale dzieciaczki pieknie spiewaja!:D

    onecos po polsku gadaja xD?

    OdpowiedzUsuń
  2. gadaja, gadaja;) jak je zmusisz;P rozumieją wszystko, ale odpowiadają po angielsku, wiec trzeba debila udawać, że nie rozumiesz, powtorzyć co mają powiedzieć po polsku i powiedzą alles;D

    OdpowiedzUsuń